Loty paralotniowe nad Taucho i Roque de Conde

Słoneczny poranek, dobre prognozy pogody, w hotelowej restauracji właśnie dopijamy kawę po obfitym śniadaniu. Za moment nasza 5-osobowa paralotniarska drużyna oddzieli się od drużyny plażowiczów (żony, dzieci i dziewczyny), by, wzlatując z Taucho, zażyć przygody w grudniowej termice. Słyszeliśmy nie tylko o przyjemnej termice nad imponującymi skalistymi górami, ale także orzeźwiającym piwku po wylądowaniu na plaży wśród pełnych podziwu spojrzeń pięknych dziewcząt w bikini...

More...

Lądowiska

Siedząc w samochodzie ustawiamy w nawigacji PLAYA DE LA ENRAMADA. Po chwili parkujemy przy kamienistej plaży - lądowisku. Jest tu wysoki nasyp, rękawy wiatrowe i wystarczająco duża powierzchnia. Mamy możliwość dolecieć nad morze i wylądować na plaży z dwóch stron, w zależności od kierunku wiatru. Po wylądowaniu możemy orzeźwić się i posilić w barze C'queluche beach bar. Mamy dobre humory, wpisujemy w nawigację GMOIL ADEJE i po 10 minutach jazdy oglądamy kolejne lądowisko na wypadek, gdybyśmy nie dolecieli do pierwszego na plaży. Nie brak tu terenów, gdzie można osiąść, jednak jest również wiele przeszkód - ogrodzenia, lampy i palmy.

Droga do startu Taucho

Kupujemy jeszcze po butelce wody mineralnej na stacji benzynowej i pełni oczekiwania wbijamy w nawigację nazwę startowiska - PARAGLIDING PARK TENERIFE TAUCHO. Mijamy hipermarket Trebol, przecinamy część miasteczka Adeje i stromymi serpentynami pniemy się na Taucho. Po 15 minutach mijamy kontener mieszkalny z napisem VILLA CONTAINER. Jeszcze tylko jakieś 200 metrów i parkujemy po lewej stronie drogi na małym parkingu. Jesteśmy na miejscu. Wyciągamy skrzydła i zamiast klapek zakładamy obuwie paralotniowe. Kierujemy się do skrzyżowania, skręcamy w prawo i schodzimy w dół zbocza na start, którego nie widzimy, dopóki nie dotrzemy do bramy prowadzącej na jego teren.

Startowisko

Startowisko jest dość duże i częściowo pokryte dywanami. Znajduje się tu około 20 glajciarzy, wieje 2-3 m/s, właśnie wzbija się żółty tandem. Leci prosto na plażę. Zanim dojdziemy do części pokrytej dywanami, startują kolejne dwa glajty. Jeden leci w lewo i z trudem osiąga wysokość na żaglu, drugi zaś leci prosto w kierunku lądowiska. Wzlatuje następny, by po minucie zacząć mozolnie wznosić się w kominie. Po 10 minutach osiąga pewnie ze 100 metrów, co sprawia, że z jeszcze większą werwą podejmujemy się rozpakowywania swoich skrzydeł. Jeden po drugim, podrywa się do lotu 20 glajtów i nadchodzi nasza upragniona chwila. Jarka - dziewczyna Rada żegna się z nami i odstawia auto, a my gorączkowo ubieramy się w palącym słońcu i pełni entuzjazmu przygotowujemy do startu.

Ścieżka pod chmurą

Ubrany w kombinezon i kask, pocę się sam nie wiem czy bardziej z podniecenia, czy upału, wyczekuję na podmuch wiatru. Rękaw wiatrowy rozciąga się we właściwym kierunku, wtórują mu icki przy starcie - nadszedł moment, by spojrzeć z góry na przyziemne sprawy. Pociągam taśmy A, podnoszę kontrolowane wzrokiem skrzydło nad głowę, wykonuję trzy kroki w przód i odrywam się od ziemi. Od razu skręcam w lewo, nad skalistym wąwozem tuż obok startu staram się nabrać wysokości na żaglu. Po 300 metrach stok przechodzi jednak w głęboki wąwóz, nie mogę kontynuować z obawy przed topieniem, toteż nad wąwozem zawracam. Mniej więcej w połowie skrętu czuję uderzenie i słyszę piszczenie varia, wleciałem do wąskiego komina około 10 metrów nad ziemią. Pomimo niewielkiej wysokości, bezkompromisowo esuję i wzdłuż rozpalonej, niemalże pionowej ściany, wznoszę się 3 m/s. Próbuję się wykręcić, lecz komin znajduje się jedynie przy zboczu, co zmusza mnie do dalszego esowania. Wznoszę się około 10 m powyżej szczytu i kręcę na małej wysokości nad ruiną domu. Ponieważ jednak komin znoszony jest nad płaskowyż, wolę go opuścić. Chwilę lecę na żaglu około 10 m ponad grzbietem, aż udaje mi się wycentrować rozbity 2 m komin i zaczynam nabierać wysokości. 100 m wyżej tracę go jednak, chociaż do podstawy chmury wciąż pozostaje około 200 m. Kieruję się do obszaru przy starcie, gdzie widzę skrzydła kręcące razem i dołączam się do nich. Podniesiony na duchu wraz z czterema glajciarzami dolatuję do podstawy na 1300 m. Wreszcie mogę odpocząć, podziwiając piękne widoki.

Podejmowanie decyzji

Z wysokości zauważam startowisko i nadjeżdżające samochody z kolejnymi miłośnikami powietrznych przygód, rozglądam się też za swoimi towarzyszami. Zauważam Lubosza, który kręci komin tuż obok mnie, Rado odzywa się przez radio z propozycją wspólnego przeskoku nad stołową górę Roque de Conde. Pecio i Jożo wciąż są na starcie. Zastanawiam się, czy polecieć w stronę płaskiego szczytu góry wzdłuż stoku, obierając dłuższy odcinek i przeskakując stopniowo skaliste klify nad Ifonche i Barranco Infierno dokładnie tak, jak leci Rado, czy też wolę nabrać wysokości i wykonać duży przeskok bezpośrednio przez przedgórze.

W chmurze

Oddając się tym rozmyślaniom, centruję piękny komin 3 m/s, nad którym tworzy się samotna chmura. 1300 metrów przed podstawą, kiedy powinienem go już opuścić, nabieram ochoty, by pozostać w nim i przewiercić chmurę. Spoglądam na kompas, nawietrzna znajduje się na zachód, zanurzam się w białej mgławicy. Stabilnie wznoszę się jeszcze 100 m, dalej rozpadająca się termika sprawia, że skrzydło zaczyna trochę klapić, wznoszenie jest przerywane i powraca kilkakrotnie. Po chwili przestaje mnie to bawić i kieruję się na zachód. Mleczna mgławica rozjaśnia się i wylatuję z niej na wysokości prawie 1500 metrów. Teraz mam chmury pod sobą, nad sobą i po lewej stronie obok siebie, po prawej zaś widzę oświetlone przez słońce miasteczka oraz morze, a przede mną nad krajobrazem dominuje przyciągająca jak magnes stołowa góra Roque del Conde. Jest przepięknie!

Skok jest dramatyzowany

Przygotowuję się do przeskoku, na połowicznym speedzie opadam prosto w stronę stołowej góry i rozglądam się za moimi towarzyszami. Po chwili zauważam, jak Lubo i Rado kręcą komin przy grani. Trudno przeoczyć nowe, pomarańczowe skrzydło Rada, jednak dzisiaj lata tu z pięć nowych, pomarańczowych glajtów. Pecio i Jożo wreszcie wystartowali i relacjonują przez radio, że lecą za nami. Zadowolony napawam się kilkukilometrową trasą w stronę góry, gdy nagle czasza wyskakuje a vario zaczyna groźnie buczeć. Wpadam do duszenia jakieś 5 m/s, z którego wydostaję się, wciskając pełen speed, szkoda że ze stratą 150 m wysokości. Po chwili łapię kolejne duszenie, co oznacza następne 100 m w plecy. Moje ulotne poczucie wygody przemieniło się w istną walkę o pozycję. Jeśli trafię na kolejne duszenie, do góry dotrę na niewystarczającej wysokości, a jeśli opadnę jeszcze bardziej, nawet do niej nie dotrę. Oglądam teren pod kątem ewentualnego lądowania pod górą, lecz nie prezentuje się on zachęcająco. Na pewno nie chciałbym tam siadać, myślę więc, że bez rezerwy wysokości lepiej zrezygnować z lotu w tym kierunku. Znajduję się nad niewielkim grzbietem przy wiosce Fañabe, gdzie widzę bardzo ładne lądowiska. Wciąż mam trochę wysokości, więc spróbuję zyskać jej nieco więcej na zygzaku wzdłuż grani. Po szóstym przelocie nad grzbietem, powoli wyciągam podwozie, kiedy mniej więcej na wysokości 100 m trafiam na piękny komin 2 m/s. Chociaż już godziłem się z koniecznością lądowania, bezkompromisowo się go chwytam, zdecydowany pozostać w nim za wszelką cenę. Stopniowo wzmaga się do 4,5 m/s i po chwili sięgam podstawy 1420 m.

Osiągnięcie celu

Jestem uratowany i wdzięczny za windę dnia! Lecę bezpośrednio nad górę stołową i już po pięciu minutach patrzę na nią z góry. Czuję euforię i raportuję osiągnięty cel przez nadajnik. Moi kompani również mają niezłą wysokość przy Ifonche i zbierają się do ostatniego skoku na szczyt. Pecio i Jożo zgłaszają przez radio, że przed chwilą dolecieli nad plażowe lądowisko i szykują się do spirali oraz b-stalli nad błękitną taflą morza. Lubo i Rado dolatują już do boku góry stołowej i wzdłuż prostopadłej przepaści w dzikiej termice wykręcają się się moim torem. Widzę, jak Lubo zalicza klapę połowy czaszy, jednak niestrudzenie kręci dalej. Z bezpiecznej wysokości trochę się niepokoję, gdy patrzę na nich nieopodal ogromnego, rozgrzanego stoku. Trzymam za nich kciuki i z ulgą zauważam, jak wynurzają się w kominie od strony zatoki. Po chwili wszyscy troje unosimy się u podstawy chmury. Wszyscy jesteśmy wyczerpani i przez nadajnik umawiamy się, że zakręcimy na drugą stronę grani w kierunku Los Gigantes. Tymczasem jednak Pecio i Jożo wysuwają znad plaży propozycję, której ciężko odmówić - obiad w plażowym barze i kolejny start po południu. Wprawdzie należy to do glajciarskich grzechów - w dobrych warunkach upuścić podstawę - zgrzeszymy wszak świadomi, że czeka nas jeszcze 12 dni w tutejszej termice. Nad morzem możemy wypróbować jeszcze parę akro, będących wisienką na torcie udanego lotu.

Lądowanie na plaży

Mierzymy na plażę i stopniowo przelatujemy nad miastem Adeje, autostradą i polem golfowym. Lecimy razem, ciesząc się widokiem świata z góry. Po drodze nadal próbujemy się tu i tam wykręcić, ale na wiele się to już nie zda. Ponad kolorowymi hotelami z basenami wzlatujemy nad plażę na wysokości 700 m. Nadszedł czas na parę popisów. Nad morzem rozdzielamy się, abyśmy nie byli zbyt blisko siebie i zaczynam swój full stall. Zakręcam starówkę trzykrotnie wokół nadgarstka i hamuję. Czasza marszczy się, w końcu załamuje się w środku, wymyka się i przy wtórze ogłuszającego trzepotu zapadam się w otchłani. Lewe ucho próbuje zaplątać się w linki, więc powoli zwalniam sterówki, powracająca do swojej formy prawa część skrzydła wyskakuje. Nadmuchuje się też lewa strona, a ja zaliczam chyba 3 negatywki. Całkowicie zwalniam sterowniki, skrzydło pracuje, natychmiast przyhamowuję przeciągnięcie i wyrównuję lot. Gdy tylko boki skrzydła się wyrównują, przechylam skrzydło i przechodzę do spirali. Powietrze huczy i kiedy siła odśrodkowa prawie powoduje utratę przytomności, zwalniam ściągniętą stronę i delikatnie ściągam wolną. Glajt zadziera nosa, lecz szybko go opanowuję. Z tej sytuacji wylatuję prosto nad plażowym barem, nad morzem decyduję się na jeszcze jeden skręt i przystaję na piasku przed barem.

Celebracja lotu

Pecio przynosi mi piwo i pomaga w pakowaniu. Ląduje Rado, a po chwili także Lubo. Zwijając sprzęt, entuzjastycznie wymieniamy doświadczenia znad ziemi. Wznosimy toast za kolejne loty, chłopakom podobało się moje przejście od fullstallu do negatywki i nikt nie wierzy, że to nie było planowane. Nie przekonuję ich... Rozkoszujemy się smakiem wieprzowych żeberek, kąpielami w morzu, a po piątym piwie robi się całkiem wesoło. Trochę zresztą przesadzamy i zaczynam wierzyć, że naprawdę chciałem wykonać te negatywki... Po szóstym piwie dochodzimy do wniosku, że lepiej będzie dzisiaj już nie latać. Nic nie szkodzi, jutro też jest dzień, a więc "Na zdrowie i za dobrą termikę, przyjaciele!"

Kliknij tutaj, aby pozostawić komentarz poniżej